I can’t die. Mama said I can’t die.

Lipiec 2, 2007

Gears of War

Epic Games 2006

ULTRAPRZEMOC. Przemoc jest zabawna. Zwłaszcza na ekranie. Zwłaszcza interaktywna. Niejaki Peckinpah swego czasu nakręcił bodaj dziesięciominutową sekwencję, kiedy to czterech jankesów zabija około setki meksykanów – rewolwery huczały, a kleista posoka tryskała z ran. Wszystko było pokazane w zwolnionym tempie. To była naprawdę zabawna ULTRAPRZEMOC. Tak jak w Mechanicznej Pomarańczy, jak w muzyce Szwedów z Brainbombs. Godzilla niszcząca Tokyo też była zabawna. I Steaven Seagal łamiący zbirom kończyny. Jest taki świetny przewodnik po kinie akcji lat osiemdziesiątych na ruthlessreviews. Każdy film opisują po haśle reklamowym, stopniu homoerotyzmu, liczbie trupów, najlepszych wymianach dialogów etc. Za najlepszy film akcji uznali Commando. Ja bym optował za Predatorem, ale…

W każdym razie Gears of War to gra dla ludzi, którzy wychowali się na kinie akcji i są koneserami ULTRAPRZEMOCY. Wszystko tu jest przesadnie wielkie – giwery (przedłużenia męskości), pancerze bojowe, litry krwi, muzyka. Fabuła też niby jest epicka, ale i tak rzecz sprowadza się do tego, że są oni i są my. My mamy ich rozwalić, bo inaczej oni rozwalą nas. Główny bohater naturalnie ma kwadratową szczękę, mówi niskim głosem i na samym początku wychodzi (właściwie zostaje wyciągnięty) z pierdla. Bohaterowie w kółko przeklinają, co jest fajne. Pozytywnie zdziwiłem się kiedy (jak w F.E.A.R.) jeden z protagonistów zaklął z użyciem słowa ‘fuck’. To pokazuje, że wreszcie gry przestają być produkowane z atestem Instytutu Matki i Dziecka. Gry dla dorosłych to gry dla dorosłych, nie ma potrzeby by je wygładzać. W każdym razie – grało się fajnie (póki trwało), głównie z uwagi na klimat rodem z filmów akcji – bohaterowie cały czas wymieniają gadki z homoerotycznymi podtekstami, w pewnym momencie jeździ się potężnym pancernikiem, jedyna kobieta w grze ma talię bulimicznej osy, cywile pojawiają się tylko po to, by zginąć malowniczo lub uciec na nasz widok, po drodze pojawia się oczywiście głupi generał, który jest wyraźnie obrażony na głównego bohatera, i, co najważniejsze, na samym końcu wszystko wybucha.

System gry jest prosty, ale nie prostacki. Nie biega się z tej w tamtą, lecz szuka ukrycia za murkami, parkanami i tym podobnymi. Najczęściej sprawa wygląda tak, że przykuca się przy kiejś zasłonie, patrzy skąd strzelają, wychyla się prując ołowiem, po czym znów chowa. Jak w życiu. Prostota tej metody znika przy plastyczności sposobu odbierania życia wrogom. Ich głowy się rozpadają po trafieniu z wysokokalibrowej snajperki, można ich kroić piłą spalinową podwieszoną pod karabinem jak bagnet (posoka literalnie tryska wtedy na ekran). Niesamowita radocha. Do tego jeszcze dochodzi graficzność całości – niesamowicie zrobiony efekt padającego deszczu, tekstury wysokiej rozdzielczości, bla bla bla. Wszyscy w temacie o tym doskonale wiedzą. Tylko, na najnowszą modłę – wszystko jest beznadziejnie ciemne. Za dnia i bez zasłon w oknach trzeba było mocno podkręcać jasność.

Muzyka nie pasuje – pseudoklasyczny soundtrack na orkiestrę. Brzmi jak scena ze schodami z Pancernika Potiomkin, a nie krojenie na kawałki przeciwników metodą Husqvarny. Przydałoby się coś gitarowego. Poza tym podstawowy karabin wydaje dźwięk jak grzechotka.

GoW u podstaw to niemal arcade’owa strzelanina – jest podział na levele, spotyka się dużych boss’ów, których trzeba pokonać sposobem. Tylko wskaźnika energii brak – zastępuje go jakiś czerwony kształt, który tężeje, kiedy dostajemy wciry i blednie, kiedy przestają w nas pruć. To głupawy system, ale tak to jest – na konsolach niezbyt fajnie gra się w strzelaniny. Pad do Xbox’a jest niezły – ma analogowe drążki, ale i tak celowanie jest nieprzyjemne. Szkoda, że nie podpisali rzutu granatem pod jeden przycisk – trzeba go zmieniać ręcznie, a to zabiera dużo czasu. W efekcie rzadko bawiłem się petardami. Świetnie rozwiązano przeładowywanie broni, wyczuwając odpowiedni moment możemy skrócić ładowanie i dostać bonus do zniszczeń.

No i największa wada – GoW jest krótki. Przeszedłem go przez kilka posiadówek w sumie w około sześć godzin. Może siedem. Było fajnie, ale nie podoba mi się ten trend w nowych grach – pisze się ładne, ale krótkie programy. Ja rozumiem, że trzeba gonić, bo wydawca naciska, nie chce dawać forsy, teges. Ale cholera, siedem godzin? Za pierwszym podejściem? Znak czasów, widać.

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.